Mordownik – i żaden chirurg mnie nie ruszy ;-)


DSC_0006Tegoroczny mordownik miał być wyjątkowy – to moje trzecie podejście do immortala. Pierwsze dwa się nie udały, brakło pary w nogach, w zeszłym roku, gdy Bart zdobywał swojego w Jaśliskach, ja leżałam połamana w domu i gapiłam się w ścianę. W tym roku trzeba było się odkuć. Wstępne informacje o trasie były optymistyczne – 130km i 2000 up było w zasięgu. Zapisaliśmy się więc od razu i w sobotę zameldowaliśmy w Stadnikach na starcie. Poranek był rześki, a gdy ruszaliśmy zaczęło nagle kropić. Ale również i pogoda okazała się łaskawa – idealna na jazdę na rowerze.

DSC_0008Poranne wstawanie zdecydowanie mi nie posłużyło, nie mogę się ogarnąć od rana. Ale nie ma co się zastanawiać, są mapy, trzeba jechać. Trzy razy zmieniamy kierunek w planach, aż w końcu ruszamy od bardziej górzystej części, czyli na zachód. Na pierwszy ogień idzie ambona, która okazuje się być przegniłą stertą drewna leżącą gdzieś na łące. Cały czas jedziemy w grupie, więc wystarczy że jedna osoba natknie się na lampion i już wszyscy mają punkt. Później zjazd nad Rabę, gdzie jest nad brzegiem ukryty PK10. Też trafiamy bez problemów. Zaraz też zaczyna się wspinaczka do dębu przy starej drodze (PK11), po podjeździe przy kościele zatrzymujemy się na zrzucenie ciuchów. Ciepło się robi pod te górki… Wracamy tą samą drogą, którą przyjechaliśmy, chociaż niektórzy przedzierają się na azymut do drogi.

DSC_0024Z 11 uderzamy na PK1 – wieżę widokową. Droga jest malownicza, chociaż nieco męcząca – góra – dół – góra – dół… Ot uroki tych terenów… Lampion wisi na dole ale i tak poświęcamy czas na wejście na szczyt – jak już tu jesteśmy to szkoda nie zobaczyć, kto wie czy tu kiedykolwiek wrócimy. Z góry obserwujemy jak dojeżdżają kolejni zawodnicy. Schodzimy na dół, zamieniamy kilka uwag i trzeba jechać dalej. Tu trasa zaczyna się różnicować, bo PK8 nie pasuje do układanki. My decydujemy się go zrobić po PK4 (szczyt górki i piękne, beskidzkie ścieżki MTB) i PK2 (też szczyt, osiągalny po przedarciu się przez szaleństwa drwali…). Wariantów było jednak znacznie więcej i na mecie z ciekawością słuchamy kto kiedy łyknął ósemkę…

DSC_0034Na PK 8 spotykamy kilka osób które sobie robią popas, ale nie dołączamy – jedziemy do DW964 po drodze zatrzymując się na oglądanie kościółka na szlaku architektury drewnianej. Długim przelotem przez Wiśniową i równie długim podjazdem docieramy na bufet – PK 14. Na miejscu można się częstować owocami, wodą, ciasteczkami. Zamieniamy kilka słów z obsługą i wbijamy na czerwony szlak do lasu. Ma z niego odchodzić ścieżka, którą chcemy się dostać z powrotem na asfalt, by dotrzeć na Przełęcz Wierzbanowską i stamtąd do Szczyrzyca, gdzie jest PK15. Drogi jednak nie ma. Wracamy na polankę i z niej zjeżdżamy mocno wymagającą technicznie dróżką zrobioną przez drwali. Później tylko przechaszczowanie przez pole i asfaltem dojeżdżamy do DW964 by nią wspiąć się na przełęcz. Pozostaje miły zjazd do Szczyrzyca a za nim PK15 przy cmentarzu na Górze Św. Jana.

DSC_0051Tam zatrzymujemy się na popas w cieniu pod kościołem, za chwilę dołączają kolejni zawodnicy. W sumie zbiera się tam z 7-8 osób. Część z nich to jadący z przeciwnego kierunku. Robi nam się nieformalny bufet, bo każdy wyciąga co tam ma do jedzenia…. A na koniec wyjeżdżają spod kościoła 4 osoby, i każda skręca w inną drogę. Kwintesencja orientacji…

Zaczynamy drugą mapę. Cały czas zastanawiam się, czy jechać całość. Niby czasu jest dosyć, ale po 50km – jak zwykle – zaczynają się problemy z kręgosłupem. Brak pełnego wyprostu złamanej ręki sprawia, że jeżdżę krzywo, obciążając prawy bark. Na efekty nie trzeba długo czekać – na każdych zawodach, po ok. 50km bark odmawia posłuszeństwa, tępym bólem przypominając o swojej obecności. Nie inaczej jest na mordowniku.

DSC_0046Załatwiamy PK7 drogą od południa (2 razy przekraczając wpław rzeczkę) i skręcam do łapanowa, odpuszczając PK16. Bart jedzie komplet, umawiamy się, że będziemy się szukać gdzieś po PK9. Bark boli jak diabli, jak próbuję go rozmasować to aż łzy stają w oczach. Kiedy ruszam przed siebie, mój diabełek szepcze mi do ucha. No kurcze, ma rację, tak bez sensu odpuszczać mając ogromny zapas czasowy, świetną pogodę na rower i szansę na immortala… Taka okazja może się nie powtórzyć! A niech go! Decyduję się spróbować całość, najwyżej potem zrezygnuję. Zawracam, doganiam Barta i razem ruszamy na PK16.
Podjazd pod Stare Rybie jest koszmarny, noga za nogą….Ale punkt udaje się nam szybko znaleźć. Wracamy tą samą drogą i tym razem ten podjazd bardzo mi się podoba… 50km/h+ nie schodzi z licznika 🙂

DSC_0089Dosyć szybko meldujemy się w Łapanowie. Najpierw mały popas przed sklepem (Oreo rządzi), a potem kolejny już dzisiaj podjazd na PK9. Trasa jest dosyć tricky i trzeba się trzymać szlaku żeby nie zgubić punktu. Na szczęście to kolejny lampion znaleziony dzisiaj bez wielkiego trudu. Zjeżdżamy dalej szlakiem, docierając na PK13. Tu porzucamy rowery gdzieś po drodze i po przedarciu się przez właściwe krzaki znajdujemy pagórek… tylko gdzie te resztki zamku? Spacer po lesie, bierzemy biki i w drogę. Ostatnie dwa punkty przed nami.

DSC_0093Okolice Klęczany znamy dosyć dobrze (bywało się tutaj…), PK3 odbijamy szybko i zjeżdżamy nad Rabę. Tutaj droga rowerowa także jest nam znana. Szybko łykamy kilometry by dotrzeć do PK 6. Przyroda obdarza nas w nagrodę krwistym zachodem słońca. Wyjeżdżamy do Gdowa i przed nami ostatni punkt. Mamy nadzieję zrobić go po jasnemu, ale górka przed Stryszawą te nadzieje gasi. Część wjeżdżamy, a część wprowadzamy. Wyjmujemy lampki i czołówki. Na PK5, przepustkę do immortala, wjeżdżamy już w lekkim półmroku ale mamy szczęście – na punkcie popasają piesi, więc latarki widać z daleka. Pozostaje tylko zjazd i ogień do mety…. Wystarcza na 3 miejsce w kat. K i również trzecie w kat. zespoły MIX. Na mecie uświadamiam sobie że właśnie zapewniłam sobie nieśmiertelność… przed zbliżającą się operacją jest to jakieś pocieszenie – wjeżdżając na stół będę pamiętać, że żaden chirurg nie da mi rady 😉
Mordownik od strony organizacyjnej z roku na rok lepszy. Jedyne co koniecznie bym zmieniła to karty – muszą być laminowane. Jak się je wozi na szyi, na smyczy pod koszulką to po dwóch punktach zaczynają przypominać mokry ochłap…


Track GPS

Wyniki


dane wyjazdu:

dystans: 132,61 km

czas całkowity: 11h37

czas jazdy: 7h44

podjazdy: 2387 m

kcal: 2798

zaliczone punkty: 16/16


Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Mordownik – i żaden chirurg mnie nie ruszy ;-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s