I po IX KrakINO…

IX KrakINO już za nami. Miło było pogonić nocą po starym Salwatorze… Kolejna impreza już w styczniu na Kozłówku, a tymczasem podsumowanie ostatniej:

Mapy >>>

Protokół z wynikami >>>

Foto>>>

Reklamy

Szalony weekend: od DNF po zwycięstwo

Ostatni weekend to jeden z tych, które opisujemy określeniem „na bogato” czyli starty zarówno w sobotę, jak i w niedzielę. Sobotniego wyboru dokonuje za nas trochę sytuacja – ponieważ czekają nas uroczystości rodzinne popołudniu Mordownik niestety odpada. Jednak na jego miejsce idealnie wpasowuje się Miechowski Orient, który – z limitem czasu do 16 – daje szansę zdążyć do domu i nie narazić się rodzinie 😉

20160910_104644Na miejsce dojeżdżamy pociągiem. Pogoda jak nie wrześniowa 😉 z godziny na godzinę słoneczko grzeje coraz mocniej. Meldujemy się w biurze, odbieramy numery. Jest czas by spokojnie pogadać ze znajomymi, popytać o plany i wspomnienia z ostatnich jazd.

Pierwsze zaskoczenie to rozdanie map – gdzie są punkty? Przez chwilę przyglądamy się uważnie – są! Znaczone nieco inaczej, kuleczkami z numerem. Na ciemnej mapie nie widać ich dobrze, ale od czego jest kolorowy pisak 🙂 Po chwili wszystkie PK są już jaskrawożółte.

20160910_094101Ponieważ mamy ciśnienie czasowe decydujemy się startować od razu i jechać osobno. Kto pierwszy na mecie, ten zbiera się do domu i bierze kota do weterynarza na zastrzyk (bo jeszcze to trzeba załatwić w tak zwanym międzyczasie). Kierunek przeciwny do numeracji, czyli najpierw PK7. Staram się utrzymać Bartowi koło, ale gubi mnie już na wyjeździe z punktu. No nic, linijka w dłoń, nos w mapę i do roboty. Cel: PK10.

Ponownie spotykamy się chwilę później, w okolicy PK 10. Przekonana, że Bart już dawno jedzie do dziewiątki nie mogę się nadziwić gdy widzę żółtą koszulkę w lesie. Jest też Puchacz – chłopaki czeszą las w poszukiwaniu punktu. Odmierzam się dokładnie od końca drogi, punkt powinien być w wąwozie ale go tam nie ma. Jeszcze raz próbujemy kawałek dalej i tam na luźnych patykach zaliczam przykrą glebę. Szybko zyskuję dodatkową rzepkę w kolanie i ponowne naciągnięcie już prawie zaleczonego przywodziciela, dającego się we znaki od Gwiazdy Południa. Ile to już miesięcy?

20160910_114748To zniechęca mnie do poszukiwań. Telefon do organizatora nie rozwiewa wątpliwości – wyjeżdżam na wschód, najeżdżam jeszcze raz od polany i znów ląduję w tym samym wąwozie. Odpuszczam więc PK10 z nadzieją, że dalej pójdzie mi lepiej. PK9 jest obiecujące – jedna ścieżka przez las, musi być łatwe do „ustrzelenia”. Zjazd z drogi, wjazd do lasu i… ścieżka rozdziela się na trzy. Z kompasem wybieram tę właściwą, podjeżdżam do końca wąwozu – nie ma. Zjazd na dół, może to pomyłka znów i jest w drugiej odnodze? Nie ma. Wracam na drogę asfaltową, najeżdżam od drugiej strony ścieżki. Zakrzaczonym wąwozem po raz trzeci wspinam się na tę samą górę by dotrzeć do łachy pokrzyw do kolan. Ścieżka w nich niknie, PK powinien być tuż za. Ryzykuję przejazd by z poparzeniami zmykać stamtąd byle dalej. Bad idea…

Na zjeździe na asfalt spotykam Barta z Puchaczem, mówią, że w końcu znaleźli PK10, ja mówię, że odpuszczam – bardziej przydam się w domu niż tutaj, poza tym upał staje się nie do zniesienia… Po drodze chłopaki dostrzegają PK9 na granicy lasu, wracam żeby podbić, ale decyzja już podjęta. Ile sił w nogach lecę do Kamieńczyc by zdążyć na pociąg i telefonicznie melduję rezygnację z rywalizacji. I dzięki temu kot zdąża przyjąć antybiotyk na czas 😉 a ja mam kilka chwil żeby ogarnąć się przed uroczystościami i zregenerować przed niedzielnym biathlonem.


Biathlon rowerowy w Nowej Hucie to wyjątkowa impreza – drugiej takiej w Polsce chyba nie ma. Jak tylko możemy bierzemy w nim udział, zabawa jest zawsze wyśmienita.

20160911_082548

W tym roku wcześnie meldujemy się w bazie odebrać pakiety. Dostaję numer 1, a Bart 2 – nazwisko na A ma swoje zalety 😉 Mam nadzieję, że to dobry omen, bo po Miechowie mam niedosyt.

Ponieważ mamy sporo czasu do startu honorowego, zawozimy pakiety do domu i wracamy gdy grupa kolarzy rusza w asyście policji na miejsce startu. Tam startujemy – ja w drugiej „piątce”, Bart w trzeciej.

Tym razem na strzelnicy idzie mi wyśmienicie – po 5 pudłach w zeszłym roku w tym nie oczekuję zbyt wiele (już gorzej być nie może…) ale jakoś udaje się strącić 4 tarczki, piąta o włos. Dokładam do pieca i na granicy zawału wpadam na metę. Czas dużo lepszy i tylko jedna minuta karna dają mi 1 miejsce open kobiet! Bart, który w zeszłym roku wygrał swoją kategorię, w tym pudłuje aż 4 razy i chociaż czas jazdy ma lepszy to jednak karne minuty robią swoje i ląduje na końcu dziesiątki.

Po starcie powtórka z rozrywki, czyli do domu po kota i do weta na zastrzyk, do domu, a my z powrotem na zawody. Jest chwila czasu na pogadanie i odpoczynek przy pysznej zupie lub kiełbasce z grilla. Również i tu wiele znajomych twarzy, słuchamy m.in. wspomnień z wczorajszego Mordownika na którym nie mogliśmy być. Przyjemnie spędzamy czas, ale co dobre szybko się kończy i czas rozjechać się do domu…

Bardzo upalne KORNO

KORNO w Siedlcu to wyjątkowa impreza. Nie dość, że to przepiękne tereny północnej Jury, to jeszcze świetne klimaty i doskonała obsada (wszak to PPMRnO!). W tym roku zorganizowane zostało w formule rogainingu – i to był strzał w dziesiątkę.

20160827_080556

Zerkając w tygodniu na stronę Rowerowej Norki zdecydowaliśmy się pojechać jeszcze w piątek. To chyba jednak była pochopna decyzja, bo nocleg na kanadyjkach nie należał do udanych 😉 Trochę niewyspani zerwaliśmy się z rana w sobotę, ale przygotowania szły opornie. Kiedy Grześ opowiadał o trasie jeszcze pakowaliśmy jakieś bety do plecaków.

Start, ruszamy. Ujeżdżam może z 20m i stop. Gdzie jest Bart? Hmm.. rower leży, a chłopa nie ma 🙂 Wszyscy już odjechali, dzwonię. Jest. Szukał licznika w samochodzie… Nie ma… Super jesteśmy pozbierani z rańca 😉 Co będzie na trasie?

20160827_084035

„Feralny” PK71

Dalej jest na szczęście lepiej – szybko wkręcamy się na „nasze” obroty. Trudność rogainingu polega na doborze punktów – i tak wiadomo, że nie da się zrobić całości, a każdy punkt ma swoją „cenę”. Lepiej zrobić jeden „droższy” niż dwa „tanie”. Ruszamy więc na 71, by na początek zgarnąć 70 punktów przeliczeniowych.

Na miejscu jesteśmy bezbłędnie, ale chwilowe zaćmienie i zamiast poszukać tam gdzie ma być zaczynamy w kilka osób przeczesywać wyrobisko. Tak jak Darkowi utkwiło mi w głowie że ma być lampion przestrzenny. Okazuje się po chwili że jest tam gdzie powinien być. No tak, Grześ stawiał PK to wiadomo co będzie 🙂

Z PK71 ruszamy bez sensu przez pole do drogi zamiast -jak cywilizowani ludzie – wrócić tą drogą, którą przyjechaliśmy. Połowa pola ląduje w mojej przerzutce, trzeba więc poświęcić chwilę na wydłubanie trawy z zębatek. Dalej już bez przeszkód dojeżdżamy na PK 52 (bunkrów w okolicy na bogato), a potem omijając PK46 jedziemy na PK55. Bez problemów wchodzą kolejne – PK61 (fajny żółty szlak) i PK 81 (po krótkim czesaniu lasu) i PK41 (omijamy Babią Górę).

20160827_112941

Towarzysz popasu w pełnej krasie

Z 41 rozjeżdżamy się osobno – ja skręcam przez las, a Bart z Wojtkiem (który nam dzisiaj towarzyszy) nie zauważają i jadą prosto. PK62 podbijamy w towarzystwie Darka, a potem zatrzymuję się na chwilę odpoczynku pod wiatą. Panowie są kilka minut po mnie, ale tak wpatrzeni w mapę, że ominęliby mnie gdybym nie krzyknęła. W towarzystwie pięknego, zielonego pająka robimy sobie popas. Żar leje się z nieba.

20160827_090945

Po jedzeniu kierujemy się na PK81 – podjeżdżamy jak na patelni, ale zaliczamy PK bez pomyłki. Dobrze że tu jest przestrzenny lampion… Zjazd w dól i kierunek PK 58. Po kostkę w piasku docieramy do podstawy radaru. Punkt ukryty w środeczku, trzeba się wdrapać na cokół. Uff, jak gorąco! Przyjemnym szlakiem zamków dojeżdżamy na PK74, a stamtąd do PK72. Znów się rozdzielamy – jadę na północ poszukać sklepu (w bidonie susza), a Bart z Wojtkiem lecą od południa na PK54.

Spotykamy się znów pod bunkrem. Sklepu niestety brak, więc decydujemy się wrócić do Żarek i zmodyfikować trasę. Zamiast jechać na PK33 i PK84 lecimy do miasta, robimy zakupy i dalej kierujemy się na PK41. Stamtąd pięknym, asfaltowym gościńcem, przez Pustelnię w Czatachowej, wdrapujemy się na Bukowie po PK82. Chwila zastanowienia, rzut oka na zegarek – czy zdążymy zrobić PK57? Aż się prosi, przy samej drodze…

20160827_162718

Pan z wąsem zepsuł koło 😉

Jednak opcja rozważna przeważa i na azymut zjeżdżamy na północ do PK93. Przez jakieś pole, potem na piechotkę pod górę trafiamy do jaskini i podbijamy 93. Czarnym szlakiem na zachód jedziemy do PK56. Droga piaszczysto – kamienista, ktoś wysypał momentami nieprzyjemny, ostry tłuczeń, moment i słyszymy PYK! i ten odgłos gumy toczącej się po drodze. Wojtek złapał kapcia na jakimś ostrym kamyku.

20160827_163314

Zostaje załatać, a my jedziemy dalej. Pięknym singielkiem na żółtym szlaku docieramy do PK56, gdzie spotykamy samotnego Jarka, a potem zielonym pieszym lecimy do PK 35. Od razu obok jest PK31. Patrzymy na zegarek – czasu jest jeszcze trochę więc pędzimy na PK44, łapiemy punkt pod amboną i ścigani przez Bikeholików wracamy na metę. Na mecie czekają pierogi i bufet. Wody!

20160827_165432

Upały powoli stają się znakiem firmowym sierpniowego KORNO. Żałujemy, że nie było parę stopni mniej – może udałoby się coś więcej wycisnąć z trasy? Bo trasa po prostu fantastyczna, a formuła rogainingu dodaje jej smaczku. Zwłaszcza gdy wracający na metę nie wiedzą co odpowiedzieć na pytanie o ilość punktów ;-), a wyniki są znane dopiero po zaprzęgnięciu Excela do pracy.  Napięcie rośnie w miarę upływu czasu 😉

Wielkie brawa do organizatorów i budowniczego! Przykręćcie w przyszłym roku tę jurajską grzałkę 🙂

P.S. Po powrocie okazuje się, że w samochodzie na cały dzień zostały dwie czekolady… Oj… 😀


dane wyjazdu:

TRACK GPS

dystans: 94,42km

czas całkowity: 9h40

czas jazdy: 5h19

podjazdy: 1047m

kcal: 1980

zaliczone punkty: 19/41


Pokaz slajdów wymaga JavaScript.