Choćbym jechał zalaną doliną, błota się nie ulęknę, bo wiele brodów jest przede mną – Hawran 2019

Dzień jak co dzień, czyli pobudka przed 5, śniadanie i ruszam do Banicy na tegoroczną edycję Hawrana. Oczywiście Beskid Niski, baza nieco przesunięta na zachód wobec zeszłorocznego rajdu, zapowiedziane prawie 3000 m przewyższenia na ok. 100 km, będzie mniej lub więcej brodów w zależności od wariantu. Będzie gdzie się zmęczyć :). A propos brodów, uprzedzając fakty: będzie ich albo więcej albo dużo więcej, opcji „mniej” tak naprawdę nie było 😉

20190511_095759

Docieram tak lekko na styk, w bazie większość twarzy znajoma, ale niewiele czasu, więc zamieniam dosłownie kilka słów i odprawa. Informacja kluczowa na dziś: wczoraj była w okolicy fajna burza – oj, odczujemy to na trasie. Inna ważna informacja – trzy PK mają charakter specjalny, oprócz standardowych punktów przeliczeniowych, dodatkowo zapewniają przesunięcie o 30 minut limitu czasowego, co warto uwzględnić w strategii.

20190511_101731

Po rozdaniu map zaczyna się planowanie wariantu. Punkty są rozłożone naprawdę ciekawie, czyli już sama decyzja od czego zacząć nie jest najprostsza :). O ile w części północnej kolejność jest dość jasna, to południowe rejony z masywem Lackowej pośrodku stanowią pewną zagwozdkę. Mimo wszystko planuję zacząć od południa i punktów na Słowacji. Na ten moment plan jest prosty – zaczynam mocarstwowo licząc na komplet, a po drodze się zobaczy ;).

Samotnie ruszam drogą asfaltową na północ, żeby za chwilę skręcić w prawo i jeszcze raz w prawo w błotnisto-trawiastą ścieżkę do PK22. Już tutaj okazuje się, że będzie naprawdę mokro, a wybrany przez mnie wariant przynajmniej w pierwszej części będzie dziś dość popularny 🙂 Już po chwili w sporej kompanii przeczesujemy nadrzeczne zarośla szukając PK41.

20190511_093446

Długie poszukiwania wieńczy sukces i przemoknięte buty, a punkt oczywiście nie znajduje się w przeczesanych zaroślach, ale znacznie bliżej od drogi. Ze ściganego zamieniam się w ścigającego i dopadam wycieczkę przed samym podejściem na Szwejkę, czyli PK54. Rower porzucam – jak większość towarzystwa – kawałek powyżej przełęczy i zaczynam dzisiejsze marsze na orientację.

Następnie szybkim zjazdem w kierunku Ropek, za chwilę skręt i podjeżdżając doliną docieram do Swystowego Sadu, czyli bufetu. Trochę coli, bananów, pożeram też kilka ciastkowych serc i już, już mam ruszać, ale dociera transport pieczywa z przemiłą Panią, która krzyczy już z daleka, że nie spodziewała się nas tak wcześnie. Jak jest chleb, to przedłużam postój racząc się wyśmienitym twarogiem. 🙂

20190511_103902

Z powodu pokus stołu zostałem trochę z tyłu, więc mozolnie pnę się na Przełęcz Hutniańską, z której (początkowo ostrym zjazdem) docieram do Wysowej. Podjazd na górę Jawor w końcówce zmienia się w podejście, a punkt atakuję od strony słowackiej na azymut, ale wygodną przecinką. Do ławy artyleryjskiej (PK82) docieram bez pudła, w czym trochę pomaga mi szereg maszerujących stamtąd zawodników.

Przebijam się na zachód w kierunku zielonego szlaku. Łąka jest podmokła, ale na szczęście przejezdna. Krzyż na PK 63 widać już z odległości kilometra, ale droga do niego nadal stoi w wodzie. Widoki na masyw Lackowej i okoliczne góry – piękny. Teraz przejazd przez słowackie zapomniane wioski, które okazują się trochę mniej piękne niż otaczająca przyroda.

20190511_105749

Wspinaczka na PK91 jest mozolna, bo wygląda jakbyśmy wspinali się po strefie lądowania skoczni narciarskiej, więc rower znowu porzucony na łące. Punkt znajduję na pięknej śródleśnej polanie.

Teraz powrót i podjazd na przełęcz Beskid z PK 71 na pniu po drodze. Czas wracać do Polski – na PK 65 czyli szaniec konfederatów barskich zarośnięty młodnikiem. Tutaj poszukiwania chwilę trwają, bo punkt prawdopodobnie lekko przesunięty, ale ostatecznie znaleziony. Gdyby nie młodnik moglibyśmy szukać w zasadzie tyralierą, bo mieliśmy na miejscu ekipę około 10 osób.

Do doliny zjeżdżam łąką omijając spore gospodarstwo. PK61, czyli piwnica okazuje się wbrew pozorom dość wymagająca – dojazd stanowi co prawda droga, ale określenie rzekodroga byłoby chyba właściwsze. Trudy wynagrodzone są przez piękną, odnowioną cerkiewkę Bieliczna.

20190511_123006

PK okazuje się obstawiony przez poszukujących swojego punktu uczestników trasy rodzinnej. Jak się okazuje po porównaniu map ich punkt znajduje się 300m wcześniej.

Żołądek już jakiś czas informuje o porze karmienia, robię więc popas i wcinając bułeczki obserwuję kolejnych zawodników wyprzedzających mnie na punkcie. Nic to, najem się i nadrobię… 🙂 Jest to też dobry moment na aktualizację strategii. Ostrożne szacunki wskazują, że komplet już odjechał w dal, więc decyduję się odpuścić odległe i wymagające pokonania sporych przewyższeń PK 64 i 35. Jak się później okaże, był to strzał w dziesiątkę, bo tylko dzięki temu uda mi się potem zaliczyć wszystkie drogie, północne punkty.

20190511_135908

Z tanich punktów przy bazie łapię PK 32, 21 i 34 bo są po drodze i praktycznie nie wymagają dodatkowych podjazdów, a przewyższenia dały mi się już we znaki i czas na oszczędzanie sił. W okolicach bazy, a nawet nieco wcześniej, kończy się też jazda w doborowym i licznym towarzystwie osób jadących podobny wariant. Od tego momentu na całej pozostałej trasie spotkam dokładnie trzy osoby, za każdym razem mające zwrot odwrotny do mojego. 🙂

20190511_141218

PK32 w okopie łapię po kilkunastominutowych poszukiwaniach, bo nie od razu orientuję się, że prace rolnicze poprowadziły drogę w nieco innym kierunku niż na mapie. Moc słabnie, ale jak na zamówienie, za chwilę robi się elektrycznie. Na drodze do kapliczki na Czyrną (PK34) nie zauważam ogrodzenia pod napięciem i zaliczam podwójne doładowanie – po jednym na każdą z nóg. Z nową energią ruszam dalej.

W Piorunce (tu na szczęście bez elektrycznych przygód, w każdym razie burzy nie było) rozważam ewentualną rezygnację z PK52. Dojazd może nie być łatwy – narzuca się droga idąca wzdłuż potoku, co najmniej kilkukrotnie go przecinająca. Po wcześniejszych doświadczeniach trochę się waham, ale przecież buty już przemoknięte, a kusi fakt, że do doliny i tak muszę zjechać, a inkryminowana droga prowadzi w dół potoku.

20190511_154531

Postanawiam zaryzykować, co jest dobrym wyborem. Droga okazuje się lepsza niż przewidywałem, choć gęsto poprzecinana brodami. Wodospad słychać z daleka, więc łatwo łapię PK i zjeżdżam dalej w kierunku wsi, żeby skręcić w prawo stokówką dość ostro pod górę. Siły zaczyna brakować, więc podjazd po chwili zamienia się w podejście.

Po dotarciu na grzbiet czeka mnie wygodny przejazd do PK83, a – po przebiciu się do innej stokówki – zjazd w kierunku doliny Białej. Na skrzyżowaniu chwila zastanowienia, czy odbijać na PK62, czy odpuścić oszczędzając czas. Z szacunków wynika, że wciąż mam szansę zdążyć na przedłużony limit, pod warunkiem, że po drodze nie będzie większych wtop. Ryzykuję i jadę po punkt.

Dojazd jest niezły, a punkt łatwy, więc szybko dziurkuję kartę i przez przełęcz Medweże zjeżdżam do Brunar. Do PK74 wspinam się od zachodu drogą wzdłuż potoku (a chwilę potokiem), a następnie przez pastwisko. Droga okazuje się przecięta kilkoma ogrodzeniami i ledwie widoczna, ale trzymanie się azymutu doprowadza mnie do właściwej ścieżki leśnej. Ogrodzenia pokonuję tym razem bez doładowań. Pod sosną z PK wymieniam kilka informacji odnośnie przejezdności dróg z przybyłym z naprzeciwka Pawłem.

Po zjeździe do wsi, wspinam się drogą przez pola w kierunku PK51 atakując go od południa, z przerwą na krótki popas i uzupełnienie kalorii. Na punkcie chwila szukania, bo pnie z dziurą są co najmniej dwa, a ja oczywiście najpierw namierzam taki, który leży na zboczu dobre kilkadziesiąt metrów od drogi. Po dokładnym go przeszukaniu wracam na górę i okazuje się, że właściwy pień był znacznie bliżej. 🙂

20190511_165304

Uff, został mi jeden punkt obowiązkowy, bo przedłużający limit + dwa dodatkowe, a czas się kurczy. Najpierw ostrym zjazdem do wsi, a następnie asfaltówką na przełęcz, z której wspinam się stokówką i niebieskim szlakiem aż do właściwej czereśni na PK73. Ten punkt znajduję szybko, choć bardziej dzięki licznikowi i szczęściu niż wiedzy botanicznej.

Teraz droga w dół do wodospadu na PK42, bo kalkuluję, że ten punkt nie powinien zająć więcej niż 20 minut, czyli zbilansuje ewentualną karę za spóźnienie, a przed limitem spóźnień zdążę prawie na pewno – czeka mnie już tylko pewna droga asfaltem, z czego niemal połowa to szybki zjazd. Do wodospadu czeka mnie ostre zejście, a potem wspinaczka z powrotem, ale warto było, bo punkt jest umiejscowiony naprawdę urokliwie.

20190511_175642

Wracam na przełęcz i pędzę asfaltami w kierunku bazy. Na odbiciu do PK 36 znowu chwila kalkulacji – minimalnie spóźnię się i tak, punkt jest wart 15 minut, a powinien zająć mniej – to dodatkowe 2km po praktycznie płaskiej, dobrej jakości drodze, a rezerwa do limitu spóźnień jest wystarczająca, więc postanawiam zaryzykować.

Na szczęście punktu nie szukam długo, nadgryzionych drzew co prawda nie brakuje, ale szybko trafiam na właściwe, podbijam i ogień do bazy. Po drodze widzę, że jest szansa zmieścić się poniżej 15 minut spóźnienia i zaoszczędzić 1 punkt przeliczeniowy na karach, więc daję z siebie wszystko. Do bazy wpadam dzikim pędem, prawie przewracając się przy wysiadaniu, ale udało się zmieścić – spóźnienie tylko 14 minut. Ostatecznie po odliczeniu kary zdobywam 106 punktów przeliczeniowych, co wystarczy na 3. miejsce! 🙂

20190511_154525

Na mecie powoli dochodzę do siebie i następuje wymiana wrażeń, analiza wariantów i opowieści z trasy. Beskid Niski jak zawsze piękny – połączenie dzikiej przyrody i drewnianych cerkiewek, nierzadko w zapomnianych miejscach, jak choćby Bieliczna. Przewyższenia dały się we znaki, szczególnie ostre podejścia, ale cóż – taki urok okolicy. 🙂 Punkty urokliwe i z drobnymi wyjątkami dostępne rowerowo, co również się ceni ;-). Do zobaczenia za rok!


dane wyjazdu:

dystans: 102,75km

czas całkowity: 10h44

podjazdy: 2635m

kcal: 3489


Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy

To matematyka. I tak nie zrozumiesz, czyli Hawran

Debiut organizatorski Magdy, Maćka i Piotrka, czyli Hawran – oznaczał jedno – nie może nas zabraknąć. Już na wstępie było wiadomo, że będzie gdzie się spocić – optymalna trasa to około 100km, 2700 przewyższenia… czyli sobota będzie bolała.

Już poranek w Nowicy zachwyca krajobrazami. Docieramy jakąś szutrową drogą przez las, parkujemy, składamy się do kupy i jedziemy do bazy. Tam chwila na standardowe pogaduszki, a atmosfera jest jak zwykle świetna – można się dobrze uśmiać już na wstępie całej zabawy. Potem będzie nam mniej do śmiechu 😉.

20180512_075922

Nowica o poranku. Dzień dobry!

Dostajemy mapy i zaczyna się rozkmina. Wszystkiego nie ma szans, więc wiadomo, że coś trzeba będzie odpuścić. Na początek skreślamy całą północ, decydując się – jak chyba większość – na wariant południowy.

20180512_084613

Pierwsze noszenie 😉

Mapy są zaktualizowane, ale już pierwszy punkt pokazuje, że Beskid jeszcze pokaże pazur. Czeszemy łąkę w kilkanaście osób, aż ktoś znajduje lampion w drzewach przy drodze. Ogonkujemy i z przemoczonymi rosą butami zbiegamy do rowerów. Właśnie zdobyliśmy 2 punkty 😊.

Drugim celem jest cmentarz w Przysłupie (Przysłupiu?), gdzie mijamy się z zawodnikami. Zanim tam dojedziemy dostaję pierwszy opieprz, gdy skręcam pod cerkiew chwilę wcześniej by zrobić fotę.

– Gdzie jedziesz, to nie tu!

– Czekaj, no fotkę tylko zrobię, widziałeś jaka cerkiew piękna?

– Ty na zawodach jesteś czy na wycieczce?

– No, tego… wiesz…

I tak nie mogę przeboleć wielkiej drewnianej łyżki przy drodze, której nie zdążyłam pstryknąć. 😉

20180512_091017

Po PK 31 warianty zaczynają się trochę różnić. Część łąką do góry, część z powrotem na asfalt i do Nowicy, a my dalej i obok agroturystyki w górę. Ta trasa jest boska, widokowa orgia. Tu jest to, co najbardziej kocham w rowerze – wolność i włóczęgę nie wiadomo dokąd. To znaczy wiadomo, bo jest mapa.

20180512_092944

Zastanawiam się czego Bart się rano nażarł, bo nie mogę go dogonić. Pocieszam się, że to na pewno przez robienie zdjęć, ale prawda będzie bardziej bolesna i jakże oczywista. Po mocno zarobionym i stresującym tygodniu marzy mi się leżaczek, zimne piwo i żeby nikt nic ode mnie nie chciał. Czyli będzie kryzys na trasie.

20180512_104014

Po PK31 mamy absolutnie genialny zjazd, gdzie puszczamy klamki modląc się by po drodze nie było żadnych niespodzianek. Nie ma. Docieramy na asfalt i zmierzamy nim do kolejnego PK (23), ale przed jest oczywiście cerkiew (Unesco!). Foty. Punkt. Szermierze w kolejce do perforatora opowiadają o wnętrzu, że piękne, że warto zajrzeć… przejeżdżamy obok, o! Otwarte. Pliiisss, wejdźmy…. Wchodzimy. Warto było. Chciałoby się zostać i patrzeć bez końca.

20180512_094431

Cerkiewne wnętrze… Piękne

Kiedy już wszyscy nam uciekają 😊 ruszamy przez Skwirtne (a niech to, kolejna cerkiew!) do Regietowa. Na podejściu pod PK71 urządzamy mały popas w cieniu, by potem wrócić do szlaku czerwonego, który wyprowadzi nas na Rotundę. Po drodze spotykamy naszą „rodzinę” z Niesięcina, która na lekko, bez rowerów właśnie zbiega z punktu. No, niezły pomysł, myślę sobie, gdy wpycham te kilogramy pod 30% nachylenie…

– Myślisz, że tu jest 30% czy więcej – pytam. – bo to w sumie taki trochę pion, podjechać się tego nie da, więc ze 30% musi być…

Bart: (trochę niezrozumiałego mamrotania), więc po Rotundzie obliczam nas jeszcze na jakieś 12 punktów.

Ja: Przeliczeniowych?

Bart: No co Ty! PK, przeliczeniowych będzie więcej.

Ja: Ale jak to, nie zdążymy przecież?

Bart: To matematyka. I tak nie zrozumiesz…

Mistrz ciętej riposty i motywacji.

Pcham dalej.

20180512_111211

Na górę docieramy dobrze wymęczeni. Rotunda to najgorszy punkt jak chodzi o przewyższenia i dojazd. Właściwie cały szlak pokonujemy spacerem. To miło poprzechadzać się w lesie, wśród zieleni i śpiewu ptaków. Tylko po co ten rower? Średnią jak na początek mamy genialną – 7km/h. No pięknie.

20180512_112356

Cmentarz na Rotundzie

Cmentarz na Rotundzie jest piękny. Odnowiony, wśród drzew, daje do myślenia. Zjazd jest świetny, mimo gleby, którą zalicza Bart. Ale łokieć tylko trochę odrapany, kierownicę prostujemy metodą siłową i można jechać dalej. Obyło się bez ofiar w ludziach, jedynie mapnik nie wytrzymał napięcia. Radośnie łopocze podczas jazdy.

20180512_105328

Nie tylko ja pcham 😉

Dalsza część trasy jest jakby prostsza – więcej przelotów po asfalcie i drogach, mniej chaszczowania i mniej przewyższeń. W Zdyni znajdujemy sklep, gdzie można się wspomóc zimnymi lodami i piwem.

20180512_120410

Zimne piwo już jest tylko gdzie ten leżak?

Doping dobrze nam robi – ruszamy na PK33, a potem drogą ku górze, do drogi. Tam dopada mnie kryzys, właściwie to już widzę się w bazie. Jak to z kryzysami bywa, trzeba przeczekać. Zacieniony asfalt jest przecież doskonałą miejscówką by poleżeć… Wystarcza kilkanaście minut by stanąć na nogi i jechać swoje.

20180512_125312

Właściwie leżak nie jest potrzebny 😉

PK 45 odpuszczamy i jedziemy kolejno na PK61 (w pokrzywach, ech, znów darcie przez las, za to za chwilę kilka fotek wśród pokrzyw z Andżeliką i Wojtkiem 😊), zakole rzeczki (PK 72) i szutrową drogą wygodnie lecimy do PK46 (kapliczka, a raczej krzyż). Po drodze sporo innych kapliczek i łemkowskich cmentarzy. Smutny kawał historii, która na szczęście nie całkiem została zapomniana. Dużo się zmieniło od czasu jak byliśmy tu z plecakami z 15 lat temu. Na lepsze.

20180512_140249

Odbijamy z drogi na PK54.

To w tym lesie jest samotne drzewo! – krzyczy Bart.

Samotne drzewo? W lesie? Czy to początki udaru czy zwyczajny niedobór intelektualny? To botanika. I tak nie zrozumiesz! 😊

20180512_142049

Samotne drzewo przed nami (?!)

Drzewo jest na polance, rzeczywiście samotne. Potem czeka nas trochę karkołomny zjazd do drogi i docieramy na PK 56 – chyba najfajniejszy PK dzisiaj. Drewniany mostek w środku niczego 😊. Tam też spotykamy lekko zagubionego Tomka: „Zaraz, gdzie ja jadę?” 😊.

20180512_144349

In the middle of nowhere

Stamtąd kierujemy się na Wołowiec (czy to już Tatry?) by, po przekroczeniu z suchszym lub mokrzejszym skutkiem kilku brodów, wjechać długim asfaltowym podjazdem pod odbicie na PK 51. Tu popas i chwila na zastanowienie. Czas. Ilość punktów. Możliwości (intelektualne też). Dawka kofeiny. Czyli nie jedziemy na PK 81.

Za to PK51 wchodzi jak po maśle – nadziewamy się na lampion za pierwszym drzewem. Wracamy szutrówką do asfaltu by odbić w drogę przez łąkę i zjechać wprost do PK34.

20180512_143712

Trudne chwile się zdarzały…

A potem leci szybciutko: zjazd do asfaltu, podjazd drogą leśną i darcie na azymut przez las do górnej stacji wyciągu (a potem darcie do drogi nad nią). Punkt jest co prawda nieco na wschód od pozycji oczekiwanej, ale Stachu już znalazł, więc jest łatwiej 😊. Zjazd przez łąkę pod wyciągiem (z kilkoma przystankami na mało widoczne druty elektrycznego pastucha), ogień na bufet (+2 punkty do osiągnięć) i wspinaczka nowiutkim asfaltem na przełęcz Małastowską. Równiutki asfalt i sporo cienia pomagają – jak na końcówkę, kręci się zaskakująco dobrze.

20180512_141514

Beskid w swoich kolorach 🙂

A potem jeszcze zostaje podjazd na Magurę i punkt pod cmentarzem. Tam też szybka kalkulacja – czas, ostatni punkt, którą drogą. Bart upiera się przy najeżdżaniu go z góry, ja chcę zjechać do drogi i podchodzić od dołu. No i chociaż raz posłuchał żony! Pięknym, pokręconym singlem zjeżdżamy do kolejnego cmentarza, z niego na drogę i po chwili wbijamy w las w poszukiwaniu punktu. Jest! Zajął nam nie więcej niż kilka minut. Ci co pojechali od góry mieli problem by go znaleźć.

20180512_172324

Czas jest dobry, więc z luzem jedziemy dalej i dojeżdżamy na metę na kilka chwil przed upływem limitu. W nogach 85km, ponad 1800 przewyższenia i jakieś 7-8km piechotką. Na mecie wymiana wrażeń ze znajomymi i wymiana uszkodzonych elementów mapnika Barta (wielkie dzięki Staszku za ekspresowy warsztat 😊). W efekcie 2. miejsce w kategorii kobiet i 7 oraz 8 miejsce open – zaskakująco wysoko.

Wielkie dzięki dla bajkersów, Towarzystwa z Beskidu Niskiego, gospodarzy bazy i wszystkich zaangażowanych w organizację za zaproszenie nas w te piękne tereny. Połączenie przyrody, historii i pięknych tras, na dodatek przy wspaniałej pogodzie – właśnie tak powinno się spędzać sobotę. Byliśmy tu 15 lat temu, ale coś mi mówi, że jeszcze wrócimy. 😊


hawran mapa.PNG

dane wyjazdu:

TRACK GPS

dystans: 85,20km

czas całkowity: 9h26

podjazdy: 1808m

kcal: 1832


Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Majowe orienty /część 1

Majówka, majówka i po majówce. Czas rozejrzeć się co tam panie w orientacji. A dzieje się sporo, bo to środek sezonu i można wystartować w kilku fajnych miejscach, bo zapisy właśnie trwają.

KRAKINO

Kto ma ochotę pospacerować ze zwichrowaną mapą po Hucie może to zrobić w najbliższy czwartek. Marsze na Orientację w Krakowie, czyli KrakINO!

TERMIN: 10.05.2018

MIEJSCE: Plac Centralny, Nowa Huta (szczegóły wkrótce)

TRASY: początkująca, umiarkowanie trudna i dla zaawansowanych

STRONA ORGANIZATORA


RAJD HAWRAN

Nowość na mapie orientacji, ale budowniczy tras bynajmniej nie są początkujący. Niestety, lista już zamknięta, ale jakby ktoś chciał próbować to jest jeszcze rezerwowa.

TERMIN: 12.05.2018

MIEJSCE: Nowica

TRASY: rower turystyczna 50km i sportowa 100km

STRONA ORGANIZATORA


HARCE ROWEROWE

Kolejna edycja jednej z ciekawszych (i niestety nielicznych) imprez na Podkarpaciu. Przy zapisach przez internet taniej!

TERMIN: 19.05.2018

MIEJSCE: Świebodna

TRASY: rower turystyczna 50km i sportowa 100km

STRONA ORGANIZATORA

RELACJE Z POPRZEDNICH LAT: 2017, 2016, 2015, 2014, 2013 – o rany ale tego jest! 😉



ORIENTAKCJA

Idealna sobota by się styrać. Przed południem Orientakcja, wieczorem nocne KORNO 🙂

TERMIN: 26.05.2018

MIEJSCE: Uniejów

TRASY: rower mega ok 50km i giga ok. 100km

STRONA ORGANIZATORA


ROZTOCZAŃSKA 13

To co prawda dopiero na początku czerwca, ale zapisy już ruszyły. Zgłoszenia można dokonać mailem, szczegóły opisane w regulaminie. Impreza darmowa, ilość miejsc ograniczona!

TERMIN: 02.06.2018

MIEJSCE: Kraśnik

TRASY: rower 5h, 8h i piesza

STRONA ORGANIZATORA

RELACJA Z 2017