Piachulec – piasku: brak, frajda: jest!

Pojawienie się Piachulca to było miłe zaskoczenie. W wolny weekend, w bliskiej okolicy – decyzja mogła być jedna – jedziemy!

Wszystko stanęło jednak pod znakiem zapytania, gdy na kilka dni przed startem dopadł nas jakiś wredny wirus. Katar, gardło, krtań… w efekcie: tygodniowa przerwa od roweru (akurat wtedy kiedy najładniejsza pogoda, pech…). Jednak dobre prognozy i nowa impreza kuszą i w sobotę rano ściągamy rowery z kołka by zameldować się w Dwudniakach.

20160917_084234Miejsce piękne. Kameralna odprawa i jedziemy. Na początek jedna mapa, jedna trasa, potem czeka kolejna. Ruszamy na północ do PK12. Stawy są urokliwe o poranku, jeszcze nie ma ludzi. Gdzieś po drodze zrywa się stado kaczek. Cisza i spokój, tylko skrzypienie sztycy i szum łańcucha. Jest bosko!

20160917_090929

Z PK12 ruszamy na PK13 – nie patrzymy na rozświetlenie (jest złożone pod spodem) i przez las na azymut lecimy na punkt. Mijamy się z Szermierzami w drodze powrotnej, żarciki „o popatrz jakie fajne rowery w lesie, który bierzemy?” „wybierajcie według wagi!”. Później nieco dłuższy przelot po pięknej szutrówce, wybieramy najpierw 7 i 8. PK8 łapiemy od razu, ale od „7” dzieli nas rzeka. Trochę chłodno jak na brodzenie po kostki, objeżdżamy mostkami i kawałek dalej mamy już i PK7 i pobliskie PK14. Idzie jak z płatka!

Wyjeżdżamy na asfalt, gdzie ciśniemy do PK10 przy starym, pięknym cmentarzu. Kawałek dalej jest PK9, tutaj też bez problemów. Słoneczko zaczyna już przygrzewać i po porannych mgłach, które witały z nami dzisiaj dzień, już nie ma śladu. Połowa punktów za nami.

20160917_110707

Dalej wybieramy wariant 3-11-2-1, chociaż trójka sprawia nam trochę problemów. Wyleciało nam z głowy że jest dojazd od wschodu, pchamy się od zachodu, ale ścieżki nie ma. Porzucamy rowery i na skos przez łąkę walimy nad rzekę. Po chwili wyglądamy jak jeże – jakieś kłujące dziadostwo powbijało się w ubranie (będę je wyciągać nawet z gripów), o pokrzywach nie wspominając. Płosząc sarny docieramy pod lipę, po wątłej kładeczce przechodzimy podbić punkt. Wracamy już przez pole i drogą. Uff, co za koszmar!20160917_111834

Kolejne punkty są łatwe, znów mijamy się z Szermierzami. Z jedynki jedziemy na PK5, by później w towarzystwie Aramisów podbić PK6. Oni jadą jeszcze zebrać piątkę, my lecimy naokoło, by PK 4 wziąć od wschodu. Wychodzimy z punktu, a tam.. hmm… Aramisy. Wjechali od zachodu, podobno jest luz. Czując ich oddech na plecach dociskamy ostatnią prostą do mety. Pierwsza pętla kompletna!

20160917_124826

Na drugą pętlę jedziemy osobno. Bart planuje całość, mnie choroba jeszcze nie odpuściła więc chcę się potoczyć po okolicy w trochę słabszym tempie. Bart odbija więc na PK6, a ja lecę na PK11.

Trochę się motam, najpierw moja droga okazuje się kończyć bramą i szkółką, potem przestrzelam właściwy skręt i muszę wracać. Na punkcie… a jakże, Aramisy! Szybciutko pomykają w stronę PK10, a ja za nimi. Zdrowie jednak pozostawia wiele do życzenia. W krtani świszczy,  wydolność oddechowa jak u dwulatka. Toczę się rekreacyjnie i do PK10 dojeżdżam gdy wszyscy już jadą dalej.

Samotnie podbijam punkt i zielonym rowerowym kieruję się na południe. Mam w planach zaliczyć kilka punktów na niższych górkach, bo przy takiej wydolności na podjazdach się uduszę. Tym bardziej że znam te górki – jechaliśmy po nich maraton Cyklokarpat w tym roku i było się gdzie zasapać. Tak więc plan jest taki by najpierw złapać PK14, a potem 9-2-1 i dalej się zobaczy.

20160917_124254

Z planu jak zwykle nic nie wychodzi. Po zjechaniu z zielonego szlaku, będącego dosyć męczącym klepiskiem, wyjeżdżam na asfaltówkę na południe. Wieje w twarz a mnie odcina totalnie. Ściana. Dobrze że jest młynek w rowerze… Prędkość piorunująca, wyprzedzają mnie kobiety w ciąży i dzieci na rowerkach. Umieram, a 3 km ciągną się jak gumka od majtek.

20160917_135600

Wreszcie docieram do autostrady. Do niczego się nie nadaję, skręcam na wschód. Wyprzedzają mnie grzybiarze spacerem wracający do domu. Omijam PK9, który jest na wyciągnięcie ręki i jadę dalej, wielką drogą królewską przez Lasy Radłowskie. Król musiał mieć dobrego konia lub grube, atłasowe poduszki, bo droga do równych nie należy. To męczy mnie dodatkowo, więc jak wyjeżdżam na szutrówkę oddycham z ulgą. Wyprzedzają mnie dzieci uczące się jeździć na quadzie. Jest źle.

Po dojeździe do skrzyżowania przy PK6 chwila przerwy- zjadam coś, wypijam zapasy wody, ściągam kask, chwilę odpoczywam. Gardło dokucza, katar jeszcze lepszy. Ostatkiem sił postanawiam zawalczyć o dodatkowy punkt, jadę na PK1. Wyprzedzają mnie ślimaki, ale dociskam i wpadam na punkt przed nimi. Nie mam sił, żeby dołożyć jeszcze 2km do PK2. Gdzieś nad głową mruczy burza.

20160917_112329

W międzyczasie dzwoni Bart. Zrobił 4 punkty i na piątce zorientował się że zgubił kartę. Wraca, nie chce jechać dalej, zamotał się na PK3, stracił sporo czasu. Przekonuję go żeby zrobił chociaż jeden punkt żeby go sklasyfikowali (w efekcie wrócił tą samą drogą do bazy zaliczając wszystkie punkty jeszcze raz). Zbieram PK6 i wracam do bazy.

Przez pierwsze kilka minut mam problem z wydobyciem z siebie głosu – krtań strajkuje. Dopiero garść leków przekonuje ją do współpracy. Chwilę po tym jak zaczyna padać na metę wjeżdża Bart.

Przebieramy się i uciekamy do domu – kołderka i Coldreksik czekają. A na Piachulca liczymy również w przyszłym roku, bo to świetna impreza: doskonała organizacja, fajne tereny, ciekawy pomysł z dwiema pętlami, punkty w ciekawych miejscach i wspaniała atmosfera. Gratulujemy udanego debiutu i czekamy na kontynuację!

Tym bardziej, że mapy z Piachulca cieszą się nie tylko naszym zainteresowaniem… to wyśmienite miejsce na drzemkę 🙂

20160917_202322

dane wyjazdu:

TRACK GPS

dystans: 88,26km (AA) /100km (BA)

czas całkowity: 5h48

czas jazdy: 4h11

podjazdy: 156m

kcal: 1766

zaliczone punkty: 18/28


Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy

Bardzo upalne KORNO

KORNO w Siedlcu to wyjątkowa impreza. Nie dość, że to przepiękne tereny północnej Jury, to jeszcze świetne klimaty i doskonała obsada (wszak to PPMRnO!). W tym roku zorganizowane zostało w formule rogainingu – i to był strzał w dziesiątkę.

20160827_080556

Zerkając w tygodniu na stronę Rowerowej Norki zdecydowaliśmy się pojechać jeszcze w piątek. To chyba jednak była pochopna decyzja, bo nocleg na kanadyjkach nie należał do udanych 😉 Trochę niewyspani zerwaliśmy się z rana w sobotę, ale przygotowania szły opornie. Kiedy Grześ opowiadał o trasie jeszcze pakowaliśmy jakieś bety do plecaków.

Start, ruszamy. Ujeżdżam może z 20m i stop. Gdzie jest Bart? Hmm.. rower leży, a chłopa nie ma 🙂 Wszyscy już odjechali, dzwonię. Jest. Szukał licznika w samochodzie… Nie ma… Super jesteśmy pozbierani z rańca 😉 Co będzie na trasie?

20160827_084035

„Feralny” PK71

Dalej jest na szczęście lepiej – szybko wkręcamy się na „nasze” obroty. Trudność rogainingu polega na doborze punktów – i tak wiadomo, że nie da się zrobić całości, a każdy punkt ma swoją „cenę”. Lepiej zrobić jeden „droższy” niż dwa „tanie”. Ruszamy więc na 71, by na początek zgarnąć 70 punktów przeliczeniowych.

Na miejscu jesteśmy bezbłędnie, ale chwilowe zaćmienie i zamiast poszukać tam gdzie ma być zaczynamy w kilka osób przeczesywać wyrobisko. Tak jak Darkowi utkwiło mi w głowie że ma być lampion przestrzenny. Okazuje się po chwili że jest tam gdzie powinien być. No tak, Grześ stawiał PK to wiadomo co będzie 🙂

Z PK71 ruszamy bez sensu przez pole do drogi zamiast -jak cywilizowani ludzie – wrócić tą drogą, którą przyjechaliśmy. Połowa pola ląduje w mojej przerzutce, trzeba więc poświęcić chwilę na wydłubanie trawy z zębatek. Dalej już bez przeszkód dojeżdżamy na PK 52 (bunkrów w okolicy na bogato), a potem omijając PK46 jedziemy na PK55. Bez problemów wchodzą kolejne – PK61 (fajny żółty szlak) i PK 81 (po krótkim czesaniu lasu) i PK41 (omijamy Babią Górę).

20160827_112941

Towarzysz popasu w pełnej krasie

Z 41 rozjeżdżamy się osobno – ja skręcam przez las, a Bart z Wojtkiem (który nam dzisiaj towarzyszy) nie zauważają i jadą prosto. PK62 podbijamy w towarzystwie Darka, a potem zatrzymuję się na chwilę odpoczynku pod wiatą. Panowie są kilka minut po mnie, ale tak wpatrzeni w mapę, że ominęliby mnie gdybym nie krzyknęła. W towarzystwie pięknego, zielonego pająka robimy sobie popas. Żar leje się z nieba.

20160827_090945

Po jedzeniu kierujemy się na PK81 – podjeżdżamy jak na patelni, ale zaliczamy PK bez pomyłki. Dobrze że tu jest przestrzenny lampion… Zjazd w dól i kierunek PK 58. Po kostkę w piasku docieramy do podstawy radaru. Punkt ukryty w środeczku, trzeba się wdrapać na cokół. Uff, jak gorąco! Przyjemnym szlakiem zamków dojeżdżamy na PK74, a stamtąd do PK72. Znów się rozdzielamy – jadę na północ poszukać sklepu (w bidonie susza), a Bart z Wojtkiem lecą od południa na PK54.

Spotykamy się znów pod bunkrem. Sklepu niestety brak, więc decydujemy się wrócić do Żarek i zmodyfikować trasę. Zamiast jechać na PK33 i PK84 lecimy do miasta, robimy zakupy i dalej kierujemy się na PK41. Stamtąd pięknym, asfaltowym gościńcem, przez Pustelnię w Czatachowej, wdrapujemy się na Bukowie po PK82. Chwila zastanowienia, rzut oka na zegarek – czy zdążymy zrobić PK57? Aż się prosi, przy samej drodze…

20160827_162718

Pan z wąsem zepsuł koło 😉

Jednak opcja rozważna przeważa i na azymut zjeżdżamy na północ do PK93. Przez jakieś pole, potem na piechotkę pod górę trafiamy do jaskini i podbijamy 93. Czarnym szlakiem na zachód jedziemy do PK56. Droga piaszczysto – kamienista, ktoś wysypał momentami nieprzyjemny, ostry tłuczeń, moment i słyszymy PYK! i ten odgłos gumy toczącej się po drodze. Wojtek złapał kapcia na jakimś ostrym kamyku.

20160827_163314

Zostaje załatać, a my jedziemy dalej. Pięknym singielkiem na żółtym szlaku docieramy do PK56, gdzie spotykamy samotnego Jarka, a potem zielonym pieszym lecimy do PK 35. Od razu obok jest PK31. Patrzymy na zegarek – czasu jest jeszcze trochę więc pędzimy na PK44, łapiemy punkt pod amboną i ścigani przez Bikeholików wracamy na metę. Na mecie czekają pierogi i bufet. Wody!

20160827_165432

Upały powoli stają się znakiem firmowym sierpniowego KORNO. Żałujemy, że nie było parę stopni mniej – może udałoby się coś więcej wycisnąć z trasy? Bo trasa po prostu fantastyczna, a formuła rogainingu dodaje jej smaczku. Zwłaszcza gdy wracający na metę nie wiedzą co odpowiedzieć na pytanie o ilość punktów ;-), a wyniki są znane dopiero po zaprzęgnięciu Excela do pracy.  Napięcie rośnie w miarę upływu czasu 😉

Wielkie brawa do organizatorów i budowniczego! Przykręćcie w przyszłym roku tę jurajską grzałkę 🙂

P.S. Po powrocie okazuje się, że w samochodzie na cały dzień zostały dwie czekolady… Oj… 😀


dane wyjazdu:

TRACK GPS

dystans: 94,42km

czas całkowity: 9h40

czas jazdy: 5h19

podjazdy: 1047m

kcal: 1980

zaliczone punkty: 19/41


Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Irokez Rogaining – 100km na rowerze + 11km piechotą

Relacja pisała się w głowie podczas jazdy im bardziej brnęliśmy piechotą w krzaki, tym bardziej wnerw narastał. Ale to byłoby niesprawiedliwe pisać tylko o tym  że punkty nie były rowerowe. Więc będzie i o plusach, i o minusach.

DSC_0628Miejsce na orientację genialne, więc nawet się nie zastanawiamy nad zapisami, mimo, że w tym samym czasie w Krakowie leci Skandia. Przyjeżdżamy do Nowej Góry, odprawiamy się i ruszamy na trasę.

Wiemy że będzie specyficznie – rogaining to mnóstwo punktów, których nie ma szans zrobić w limicie. Trzeba więc coś wybrać, a że nie liczyć się ilość, a wagi PK to zabawa jest ciekawsza. Wydawało nam się,  że 30 minut na ogarnięcie mapy przed startem to za dużo. Ale nie, 9 minut przed godziną zero jesteśmy gotowi, trasa wyznaczona – przynajmniej w części. Zaczynają się żarciki: to co, komplet robimy? 😉

DSC_0660Naszym pierwszym celem jest PK 63, schowany w dołku na górze. Trzeba porzucić rowery i gnać po lesie – tego zdecydowanie nie lubię. Ale zjazd (chyba bardziej techniczny niż na Skandii) troszkę osładza niedogodności.

W Krzeszowicach rozpoczynamy podjazd pod Dębnik (wchodzi dosyć słabo, serce jakoś odmawia współpracy) i tam zaliczamy PK 61 (ambona) oraz PK 43 (dół). Świetny szlak rowerowy zwozi nas do Siedlca, trzeba będzie tu wrócić…

Za Pisarami pierwsza przykrość, czyli PK52. Zgodnie z prośbami organizatorów nie leziemy środkiem pola, ale miedzą. Dochodzimy nad rzekę, a tam.. pokrzywy do pół łydki, żadnej ścieżki. Przedzieramy się przez nie, chwilę czeszemy okolicę i jest PK (i stadko kleszczy). Wracamy przez pole, nogi całe w bąblach. Dobrze że nie padało, bo z rowerem to by się tu raczej nie dało dojść po deszczu…

DSC_0643Z PK52 podjeżdżamy na PK36 bo blisko (i tu jest sensowniej ten punkt postawiony, można nawet dojechać miedzą) i lecimy na PK81. Wjeżdżamy w las, a tam… ścianka. Zostawiamy rowery, próbujemy podejść. Bart wchodzi, ja zaliczam podwójnego tulupa w SPD-ach. Potem – powtórka. Wnerw. Próbuję objechać. Gleba. Wnerw do kwadratu, tętno do góry. Jest źle.

Jakimś cudem udaje się zaliczyć PK81 ale wraz z przygodami mija ochota na zbieranie punktów. Trasa rowerowa to dla mnie taka, po której da się poruszać rowerem (czyli siedzieć na siodełku i kręcić pedałami, a nie biegać po lesie w SPD-ach – butach, w których podeszwa jest z plastiku, podkuta blachą i nie zgina się o cal). Są tacy co to lubią (pozdrowienia Aramisy!:)), ale ja zdecydowanie wolę kręcenie.

DSC_0664Z nadzieją wjeżdżamy do Puszczy – może tu będzie lepiej? Długi przelot PK79 z wiatrem w plecy poprawia nieco humory. Najeżdżamy na PK61 i znów porażka. Punkt podwieszony pod skałą na skarpce, w… powalonych drzewach. No bez jaj… Do rowerów wracam zjazdem na d… bo w SPD-ach nie jestem w stanie zejść z góry. Potem obowiązkowe dłubanie w podeszwach bo nie mogę się wpiąć. Już wiem że na dzisiaj dziękuję. Serce również nie współpracuje. Zły dzień.

Atmosfera robi się piknikowa, pada nawet pomysł, żeby skorzystać z okazji i pojechać do Oświęcimia na wycieczkę. Odkładamy ją już od dawna, a dzisiaj nawet wiatr sprzyja… Jednak nie umiemy podjąć decyzji. Jedziemy przez Puszczę zaliczając punkty, 41, 53 (te są rowerowo nawet sensowne, może będzie lepiej?) i dojeżdżamy do PK31. Chcemy go przejechać na płn-zach, pakujemy się w ścieżkę, która kończy się bagnami, piaskiem i powalonymi drzewami. Znów noszenie, przedzieranie się przez las… Podbijamy, wyjeżdżamy dobrą droga i rezygnujemy z PK73, 64 i 55.

DSC_0681Chcę wracać do domu, ale Bart przekonuje żeby wycisnąć z tej soboty cokolwiek, chociażby tylko „stówkę”. Zgoda. Jedziemy na PK 42 (znów w miarę spoko), PK 65 (bez sensu) i PK 72 (to dopiero bez sensu)… Mamy jeszcze mnóstwo czasu, ale nie daję się namówić na dalsze „rowerowe” punkty. Zahaczając o sklep w Woli Filipowskiej wracamy do bazy.

Podjazd. Baza. Karty. Posiłek. Never ever. 98km rowerem, ponad 10km piechotą. Jakbym chciała się wybrać na spacer to zapisałabym się na trasę pieszą…

DSC_0683Na plus na pewno trzeba zaliczyć samą ideę (zbyt wiele punktów by zrobić komplet) i wagi. Punkty były świetnie rozmieszczone – nie było tak, że w jednym kącie same 90, tylko mix na całej trasie. Zaliczać czy nie? Opłaca się czy nie? Organizacja bez zarzutu, żarełko po – pycha (i to w wersji wege też!). I do tego miła pamiątka w postaci kubeczków, które podobnie jak na Gezno są piękne!

Na minus – punkty dla pieszych, nie dla rowerzystów. Rozumiem, że część osób jeździ w zwykłych butach i nie robi im to różnicy. W SPD-ach jednak robi. 10km spacerów w lesie na sztywnej, nie zginającej się podeszwie podkutej blachą? Może wystarczyło napisać w komunikacie (jak zrobiono np. na rajdzie Katowice), że będą odcinki piesze + zadania specjalne i warto wziąć ze sobą normalne buty? A może ustawić lampion dwie ścieżki dalej, w równie trudnym miejscu, ale z dojazdem?


Track GPS

Wyniki


dane wyjazdu:

dystans: 98,22 km

czas całkowity: 9h36

czas jazdy: 5h05

podjazdy: 1063 m

kcal: 1880

zaliczone punkty: 15/46 (wagowo: 780/2500)


Pokaz slajdów wymaga JavaScript.